Add Me!Close Menu Navigation


( the one and only real UM ) Often imitated, never duplicated.

Add Me!Open Categories Menu

Machina (kwiecień 2008)

Machina, kwiecień 2008

50 lat, a Ona niemal nietknięta czasem like a virgin. Choć się narobiła. Pół wieku twardej harówki przyniosło pożądany efekt. Dzięki niej pop jest kobietą. Przeboje w kolorze platynowy blond, prowokacje, odważne zmiany wizerunku – to wszystko ona. Madonna prekursorka. Madonna skandalistka. Madonna trendsetterka. I to wbrew naturze, bo akurat w tym wyjątkowym przypadku nie sprawdza się odwieczna prawda estrady, że czego dziewczyna nie dośpiewa, to dowygląda. No, cud Madonna.

Machina: Twoje drugie imię, Veronica…
Madonna: Nie, to nie jest moje drugie imię. Czy w związku z tym plan wywiadu upadł?

Machina: Nie do końca.
Madonna: Veronica to imię, które przyjęłam na bierzmowaniu, i chyba wiem, do czego zmierzasz, więc powiem od razu. Gdy zapytano mnie, czemu akurat to imię, odpowiedziałam, że Weronika jako jedyna z tłumu pomogła Chrystusowi. To stara historia, którą wiele już razy opowiadałam. Czy o nią chodziło?

Machina: Tak, dokładnie, ale teraz właściwe pytanie.
Madonna: Bardzo się cieszę!

Machina: Na okładce zerowego numeru Machiny zamieściliśmy obraz – Ty jako święta dziewica z dzieciątkiem o twarzy Twojej córki Lourdes.
Madonna: To okropne!

Machina: Chcesz ją zobaczyć?
Madonna: Nie, ale i tak mi ją pokażesz. (Madonna ogląda okładkę.) To fantastyczne! Co tu jest napisane?

Machina: Madonna z Lourdes. W języku polskim „z” oznacza także „razem z”.
Madonna: Dwadzieścia lat temu oszalałabym na jej punkcie, ale teraz też mi się podoba, jednak z innych względów.

Machina: Bardzo się cieszę. Zresztą przywiozłem Ci ten obraz w prezencie.
Madonna: Wspaniale, jednak nie obrazisz się na mnie, jeżeli nie powieszę go w swoim mieszkaniu?

Machina: Zupełnie nie. Powracając do pytania, na które zresztą częściowo odpowiedziałaś, mówiąc, że dwadzieścia lat temu okładka Machiny zrobiłaby na Tobie większe wrażenie. Czy Madonna w 2008 roku nadal chciałaby być Veronicą? A może już nią jest?
Madonna: Nie jest, choć myślała, że będzie. To prawda. Dalej tego chcę. Droga, którą wybrałam i którą jestem ostatnio pochłonięta – macierzyństwo, zmieniła mój sposób postrzegania świata i siebie, także mojej w nim roli. Może dlatego podoba mi się obraz, który mi pokazałeś. Dwa lata temu, z pewnością dobrze o tym wiesz, przechodziłam bardzo ciężki okres związany z adopcją Davida, chorego chłopca z Malawi, który był również sierotą, nie miał matki. I ten obraz doskonale oddaje to, jak się wtedy czułam, w szczególności ta rysa na policzku…

Machina: Taką rysę na najświętszy w Polsce wizerunek Madonny, zwany Czarną Madonną. Powstał, gdy sanktuarium stojące na Jasnej Górze w Częstochowie zostało najechane przez innowierców.
Madonna: Więc tym bardziej mi się podoba, gdyż z jednej strony byłam atakowana przez media, z drugiej zaś – jak Ona – próbowałam uchronić swojego synka, z którym połączyła mnie silna więź. W pewnym sensie, wtedy dużo o tym myślałam, Maria i jej mąż adoptowali Jezusa od Boga. To, co wtedy czułam, przeżywałam, zarzuty, które wobec mnie skierowano, że dajmy na to, porwałam dziecko, rozdzieliłam je z ojcem, było niezwykle bolesne. Czułam się jak Maria, z którą identyfikują się przecież wszystkie matki.

Machina: Więc Veronica przemieniła się w Marię?
Madonna: Tak jak ona byłam wtedy podatna na zranienie, bo kochałam bezwarunkowo, nie jak maszyna, gdyż było w tym mnóstwo troski, czegoś bezinteresownego, co było dla mnie szokiem – w tym samym momencie cierpieniem i iluminacją, w którą wchodziłam z każdą minutą coraz głębiej. Potrzebowałam wiele odwagi, by stawić temu czoła. Udało się, co jest dla mnie prywatnie powodem do olbrzymiej satysfakcji. Musiałam sprawdzić się jako człowiek, gdyż tam, w Malawi, mój majątek i sława nie miały najmniejszego znaczenia. To było jak flash back z młodości, kiedy mogłam liczyć tylko na własną inteligencję i błyskotliwość. Gdy jako jeszcze nikomu nieznana młoda dziewczyna znalazłam się w Nowym Jorku. To doświadczenie oczyściło mnie i tym mocniej związało z Davidem. Można powiedzieć, że powracałam do zdrowia razem z nim i było w tym coś religijnego, mistycznego, o czym zapragnęłam wszystkim opowiedzieć, podzielić się jak Dobrą Nowiną.

Machina: O czym, wisząc na krzyżu, zaśpiewałaś w piosence „Live to Tell”?
Madonna: Między innymi, choć oczywiście była to jedna ze ścieżek – dla mnie bardzo ważna, bardzo rozwijająca mnie samą, jak i moich fanów. W centrum tego wykonania było rzeczywiście coś osobistego, głęboko intymnego i częścią tego doświadczenia była z całą pewnością adopcja Davida. Kiedy wisiałam na krzyżu, i muszę powiedzieć, że ni był to zabieg medialny, sceniczny trick, jak wielu mówiło, ale najpiękniejsza modlitwa, przez co rozumiem fakt, iż rzeczywiście ktoś było obok mnie i mówił mi „tak”; więc, gdy wisiałam na krzyżu, widząc tych wszystkich ludzi, odczuwałam rodzaj uniesienia, jak w seksie, lecz całkowicie duchowego. Czułam, że to jest to! Że to naprawdę działa. By być bardziej autentyczna, myślałam o tym, co stałoby się z Davidem, gdybym nie wywiozła go wtedy z Malawi. Wiele osób powtarzało, że pomogłam mu wyzdrowieć, a przecież ocaliłam go od nieuniknionej, niechybnej i okrutnej śmierci., czego nikt nie mógł zrozumieć, gdyż ja tam byłam, a oni nie. Tę różnicę chciałam zmieścić właśnie w swoim występie, co wymagało niemal nieludzkiej siły psychicznej.

Machina: I odwagi!
Madonna: Także odwagi, bo przecież nie śpiewałam „Live to Tell” jedynie w swoim imieniu. Śpiewałam ją w imieniu tych wszystkich dzieci, które nie mają głosu, nikt nawet nie chce ich usłyszeć – nie mogą także dlatego, że są zbyt małe, a ich opiekunowie zbyt słabi. Śpiewałam ją wreszcie w imieniu Davida i dlatego było to tak silne przeżycie. Bardzo też ciężkie.

Machina: Czy możesz powiedzieć coś więcej o swoich doświadczeniach z Malawi, o czym kręcisz dokument „I Am Because We Are”?
Madonna: Wiesz, żyjemy w całkowicie złudnym świecie, świecie rządzonym przez prawo rynku, konsumpcjonizm, drogie rzeczy, MTV i telewizję w ogóle. To jest świat reality show i związany z nim kult sławy, która jest wspaniałą rzeczą, pod warunkiem, że potrafimy ją wykorzystać w słusznej sprawie. Malawi to coś całkiem innego, inna rzeczywistość. Również straszna jak nasza, ale leżąca jakby po drugiej stronie skali. Czułam to od chwili, gdy się niej znalazłam. Nie chodzi mi tylko o brak zachodniej wygody. To coś jest w ludziach, z których niemal każdy wygląda jak cień człowieka, kloszard, co jest szokiem szczególnie dla kogoś, kto zadomowił się w Londynie czy Nowym Jorku, dla kogo ekskluzywne butiki, ale nie tylko, także w ogóle sklepy, taksówki, najprostsze chodniki, to norma. Od razu pojawiła się myśl, która wpierw bardzo mnie zdziwiła, a nawet przestraszyła: Czy ci ludzie mogli by się znaleźć na jednym z moich koncertów i to tylko oni? Wraz z tą myślą pojawił się we mnie pomysł na ukrzyżowanie w trakcie koncertu. Ten pomysł opętał mnie, ale też pozwolił przetrwać. Później, planując z moimi współpracownikami trasę The Confessions Tour, wymyśliliśmy, że powinien to był gigantyczny krzyż pokryty lustrami, by odbiła się w nim publiczność. To był świetny, mocny pomysł, który od razu mi się spodobał. Potem okazał się, że to chwyciło, zrobiło duże wrażenie. Dało do myślenia.

Machina: Stolicy Apostolskiej także…
Madonna: Co całkowicie mnie zaskoczyło, bo w końcu papież powinien najlepiej zrozumieć moje przesłanie i to, co odczuwałam. Stałam po jego stronie i było to bardzo chrześcijańskie, najbardziej z tego wszystkiego, co dotychczas zrobiłam. To była w najmocniejszym sensie ewangelizacja.

Machina: Powiedz, czy to prawda, że na widowni w Rzymie przygotowałaś specjalne miejsce dla papieża?
Madonna: Tak prawda, tak było. Dużo wtedy słyszałam, że to zły pomysł i będą z tego same kłopoty. Postanowiłam iść na przekór, być w zgodzie ze swoją intuicją, która zwykle mnie nie zawodzi. Niestety, zaproszenie nie zostało przyjęte, w zamian pojawiło się to straszne oświadczenie, z którego wynikało, że papież nie zrozumiał moich intencji. Byłam wściekła, po potraktowano mnie jak gówniarę, czego nie lubię.

Machina: Powróćmy do dokumentu. Dlaczego postanowiłaś napisać scenariusz i dać na film pieniądze?
Madonna: Z tych samych przyczyn, z których dałam się ukrzyżować. Wiesz, istnieją różne organizacje charytatywne, koncerty jak Live Aid. To świetnie imprezy z dobrą energią, lecz nie dają one nikomu bezpośredniego dostępu do Trzeciego Świata – często nawet organizatorom, którzy zarządzają wszystkim z wygodnych foteli w USA czy Wielkiej Brytanii. Przychodzimy na taki koncert, wpłacamy pieniądze albo kupujemy bilety czy solidaryzujemy się, słuchając fantastycznych numerów, a później zmykamy do domów przekonani o tym, że jesteśmy świetni. Czy nie jest tak? To śmieszne, nawet jeżeli zabrzmi to ostro. Jednak dokładnie tak to widzę. Stoi z mną doświadczenie, bo w Malawi nie byłam raz, przejazdem, zamknięta przed okrucieństwem tego świata w luksusowym hotelu, których zwyczajnie tam nie ma! Czułam się upodlona wraz z tamtejszymi ludźmi, którzy mnie otaczali, a to się udziela i nie jest miłe, uderza. Dlatego w swoim dokumencie chcę pokazać to, czego nie może oddać nawet najlepszy hit, za którym stałby najgenialniejszy producent. Chcę wam dać bezpośredni dostęp d cierpienia, którego byłam naocznym świadkiem, a to zawsze robi największe wrażenie, budząc silniejsze emocje, głębsze poczucie solidarności i, co najważniejsze, odpowiedzialności za całą ludzkość, za Ziemię – nasz dom. To trzeba zobaczyć, więc film był dal mnie naturalnym wyborem.

Machina: Czym różni się bycie dokumentalistą od bycia reżyserką czy aktorką?
Madonna: W gruncie rzeczy wszystko to ma ze sobą wiele wspólnego. Różnica tkwi w ilości. Jako aktorka – na przykład grając Evitę – wcielałam się w rolę, ale też odkrywałam w sobie wiele rzeczy, których nie byłam świadoma: siłę, moją kobiecość, potęgę, jaką daje nam zaufanie i miłość wielu, także obcych ludzi. To we mnie zostało jak nowy rezerwuar. Jako reżyserka wcielam się we wszystkich bohaterów, co jest ciężkie, wymaga większej samoświadomości, wewnętrznego spojrzenia i koncentracji, w czym bardzo pomogła mi joga, której również uczyłam przez jakiś czas, by lepiej zrozumieć energię płynącą ode mnie do innych osób. Taka jest funkcja reżysera. Dokument jest pod tym względem prawdziwym wyzwaniem, bo tu musisz się wczuć nie w rolę, a prawdziwa osobę, nawet wiele osób – jakby w całą ludzkość. To jest szersze doznanie, kosmiczne. Ma to dużo wspólnego z koncertem, gdzie energia przepływa od ciebie do prawdziwych ludzi, którzy odczuwają, myślą, i jeśli ta energia wraca, co zawsze dzieję się na moich koncertach, to powstaje coś, co lubię nazywać soczewką, szkłem powiększającym – otrzymujesz potężny zastrzyk energii i możesz już wszystko, działasz także w ich imieniu, co daje siłę. Będąc w Malawi, pomyślałam, że taka energia musi czemuś służyć, poza samozadowoleniem, własnym użytkiem – trzeba ją wykorzystać w dobrym celu, bez egoizmu, zabierania jej do domu. Dlatego powstaje dokument – by przekazać dobrą energię ludziom na całym świecie i by oni przekazali ją dalej. Wiele pod tym względem wyniosłam z kabały, która jest wielką filozofią życia. Moim powołaniem, w co wierzę, jest wniesienie w świat trochę światła, gdyż zbieramy to, co posiejemy. Jestem przekonana, że tak to właśnie działa. I że jestem tu po to, by inni to zrozumieli. Całe moje życie doprowadziło mnie do tego punktu. Dobrze, że jestem na świecie. Wiem też, że nie jestem nieśmiertelna i że muszę się śpieszyć.

Machina: Wiele mówisz o kabale, a jednocześnie pokazujesz się na krzyżu. Czy nie widzisz w tym jednak pewnej sprzeczności?
Madonna: W jakim sensie?

Machina: Powiedz Madonno, jakiego jesteś wyznania?
Madonna: Cóż, nigdy nie interesowały mnie tego typu podziały, gdyż w pierwszym rzędzie jestem artystką. Kabała, Budda, Jezus, zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie, także Mahomet, to inspiracja dla mojej duchowości. Jestem zresztą głęboko przekonana, że to sztucznie podziały, które stworzyli ludzie, by oddalić się od siebie w imię korzyści. Ktoś mówi: „Wybacz, ale nie pomogę ci dzisiaj, bo jest piątek”, a inny: „Przepraszam, ale nie w niedzielę”. Ok, pomóżmy sobie w sobotę. Czy to takie trudne, szanować czyjeś przekonania i szukać płaszczyzny porozumienia? Podobnie jest z wiarą. Szukam momentów, kiedy religie spotykają się ze sobą i powstaje wibracja. Dlaczego miałabym odmawiać sobie inspiracji, która stąd płynie? Czy to nie głupie? Czy fakt, że wiele tysięcy lat temu żył Mojżesz, musi oznaczać, że ni było kogoś, kto nazywał się Jezus, albo Budda? Ktoś mądry zauważył kiedyś, że to jedna osoba. I rzeczywiście, taka jest prawda. To tak jak w rozrywce, w której zmieniasz image, by powiedzieć coś inaczej, z inną ekspresją, bo świat się zmienia i musisz za tym nadążyć, jeśli chcesz się utrzymać; czasem wychodzisz przed szereg, jeśli masz intuicję, i tworzysz trend. Bóg i ja mamy dobrą intuicję. Od Jezusa uczę się, jak dawać otuchę, co nie jest łatwe, bo rządzi tu prawo wzajemności: coś dajesz, coś zabierasz.

Machina: Mówisz teraz o cierpieniu?
Madonna: Tak, oczywiście. Nie uleczysz nikogo, jeśli nie zgodzisz się na to, by zabrać części bólu, zła.

Machina: Jak się zdaje, o tym właśnie mówi Twój debiut reżyserski „Filth and Wisdom”?
(Madonna zastanawia się.)

Machina: Może opowiedz w kilku słowach, o czym jest Twój film?
Madonna: To historia młodych ludzi, pokręconych, szukających swojego miejsca w wielkim mieście, jakim jest Nowy Jork, z którego chciałam uczynić symbol świata. To film na poły biograficzny. Odniosłam sukces, którego poszukują ci młodzi ludzie, i dlatego czuję z nimi więź. Trzydzieści lat temu miałam te same marzenia, podobne rozterki – stałam przed wyborem, który sygnalizuje tytuł filmu [„Brud i Mądrość”, przyp. red.]. Teraz wiem, że są to strony tego samego medalu, trzeba tylko stworzyć właściwy przepływ między nimi.

Machina: Coś dajesz, coś odbierasz?
Madonna: Dokładnie tak. Nie da się być czystym w tym świecie. Chodzi jednak o odpowiednie wykorzystanie otaczającego nas brudu. Tak, by nas wzmocnił, odsłonił w nas światło. Na tym polega mądrość kabały.

Machina: Dziękuję za rozmowę.
Madonna. Proszę.

Pisał: Psychol_M

Najnowszy teledysk Madonny

Friends


Twitter